|
Ten 1-szy raz (w tym roku) pokonałem ponad 100km w ciągu jednego dnia.
Ten 1-szy raz jechałem w większej grupie - zwykle jeżdżę sam lub z
rodziną,
ale to zupełnie co innego.
Ten 1-szy raz byłem na rowerze w Sobótce i na Ślęży, choć mieszkam od
niej o
duży rzut beretem.
Ten 1-szy raz byłem, choć to za duże słowo - raczej nawiedziłem, zlot
pl-rec-ROWERY.
Ten 1-szy raz poczułem, co to skurcz w udzie.
Z domu na Biskupinie wyjechałem w sobotę po 9:00. Żona jak zwykle
marudziła,
że sam jadę tak daleko (nie chciałem jej powiedzieć, że byłem umówiony
z
dwoma dziewczynami ;-). Kiedy dotarłem na miejsce spotkania - Wrocław
Klecina (miałem już na liczniku ponad 16km) był tam już Tomek z Muchoboru
(Zdyboo?). Po chwili pojawił się Rafał na szosówce (triathlonówce?), a na
koniec dołączyła do nas (niestety tylko jedna) bikerka Hesia. Ruszyliśmy w
kierunku Sobótki - początkowo ruchliwą szosą do Tyńca Małego, gdzie
dołączyli do nas jeszcze PioPis i MatB. W tym składzie dotarliśmy bez
problemów do Będkowic u stóp Ślęży. Jechaliśmy głównie bocznymi
drogami
asfaltowymi mijając Żerniki Małe, Krzyżowice, Baki, Owsiankę, Pustków
Żurawski (polna droga), Solną, Ręków, Nasławice, Przezdrowice,
Księginice
Małe. Była to chyba jedna z krótszych dróg, na pewno spokojna, bez
samochodów i niespodzianek. Polecam każdemu, choć moje zboczenie zawodowe
pewnie by ją zoptymalizowało. Z ciekawostek należy wpomnieć o pięknym,
dużym
myszołowie widzianym tuż za Tyńcem i gościach "spod sklepu" w
Księginicach,
którzy pytali się, czy nie znamy TFoxa.
Niestety od Będkowic zaczęły się schody - najpierw na postoju w jednym z
rowerów zeszło powietrze, a potem długi, jednostajny podjazd pod Przełęcz
Tąpadła. Cały czas myślałem, że jedziemy do Sulistrowiczek, a
minęliśmy
Sulistrowice, minęliśmy Sulistrowiczki, mijaliśmy kolejne ośrodki, a
końca
podjazdu nie było widać. Nie było już żadnej grupy, każdy jechał jak
mógł -
na początku pewnie "szosowiec", potem inni, dalej ja. Myślałem,
że wypluję
płuca. Dla mieszczucha, jeżdżącego po płaskim, dłuższe dystanse i
średnio-szybka jazda nie są problemem, ale długie podjazdy, to nie na moje
zdrowie. Z wywalonym językiem dotarłem do ośrodka na samym wierzchołku
Przełęczy Tąpadła.
Przybliżona statystyka (z Kleciny do p.Tąpadła): D 40km, T 2:30h, VA
19km/h - chyba coś za mało, tym bardziej że jechaliśmy między 20, a 30
km/h?
Na miejscu zlotu zastaliśmy tylko paru miłośników "Bronka" z
Wrocławia
(m.in. TFox, chyba WroMario i Click'n'Ride), którzy ponad jazdę cenią
złocisty napój. Niektórym już chyba języki się plątały, choć było
dopiero po
14:00. Ciekawe jak wyglądali później? Chyba wiem, dlaczego po drodze ktoś
pytał się o TFox'a. Poprzedniego dnia jadąc 8 godzin z Wrocławia do
Sobótki,
zatrzymywali się pewnie przy każdym piwopoju, bratając się z okolicą ;-).
Reszta zlotu rozpierzchła się po okolicznych górkach/barach. Ktoś podobno
pojechał nawet na Wielką Sowę.
Kiedy reszta grupy, z którą jechałem z Wrocławia, postanowiła wrócić do
Sobótki w poszukiwaniu Krowy, ja wyjechałem (jak zwykle) po angielsku z
zamiarem okrążenia Ślęży, tym razem nie asfaltem, a tym co lubię
najbardziej - lasem i leśną drogą. Droga była dobrze oznaczona niebieskim
szlakiem rowerowym, który okrąża całą Ślężę. Mimo tego, na jednym z
rozwidleń musiałem go zgubić, ale ponieważ na następnym rozwidleniu był
szlak, uznałem, że wszystko w porządku - jechało mi się dobrze, więc nie
zaglądałem do mapnika. Jak się później okazało, był to drugi koniec
tego
samego szlaku i zamiast szybko zjechać do Sobótki musiałem nadłożyć
nieco
drogi. Co prawda moje zdziwienie wywołało przecięcie szlaków pieszych,
których być nie powinno, ale cóż... Moje przerażenie wywołał natomiast
znany
mi stromy podjazd pod Wierzycę. W tym miejscu wątpliwości przerodziły się
w
pewność - pomyliłem drogę i tu niestety musiałem już skorzystać z
mapnika.
Najlepszym wyjściem było wrócić do szlaku czarnego, a potem już
bezpiecznie
czerwonym rowerowym do Sobótki. Cała droga w sumie przyjemna, ale dużo
kamieni, trochę błota. Poza jednym podjazdem na i z Wierzycy i w jej
okolicach, w miarę płaska.
Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, mijałem pierwsze
zabudowania,
do Sobótki miałem jakieś 300m, aż tu nagle jakieś drzewo skorzystało ze
swojej dominującej pozycji i swymi mackami - gałęziami postanowiło zdjąć
mnie z roweru - tyle pamiętam. Znalazłem się na ziemi, a raczej na żwirze,
ze zdartą skórą z kolana i łokcia. Nic to - normalka. Byłem przygotowany
-
miałem mokry ręcznik i spirytus. Rana okazała się płytka, ale rozległa,
krwawiła na tyle słabo, że można było jechać dalej. Na szczęście
miałem
długie spodnie. Myślę, że mój upadek spowodowały również noski, bez
nich
pewnie bym się wybronił.
Z lasu wyjechałem wprost na grupę zlotową, która przy pobliskim grillu
ustalała menu i zapotrzebowanie na posiłek. Niestety zapomniałem się
przedstawić - pewnie było to spowodowane szokiem powypadkowym i obecnością
kilku ładnych bikerek ;-))). Sorry. Pozdrawiam.
Zwiedziłem jeszcze centrum Sobótki (o dziwo około godz.16:00 otwarty był
jeszcze sklep z rowerami - rzecz we Wrocławiu nie do pomyślenia) i
zacząłem
powrót do domu. Chciałem jechać trasą #13 opisaną w "Atlasie
rowerowych tras
wokół Wrocławia". Niestety po drodze z Górzyc zgubiłem drogę, a
właściwie
ścieżkę polną oznaczoną jako droga - bo to nigdy nie wiadomo, czy droga
wiedzie na pole, do gospodarstwa, czy jest "przelotowa" do
sąsiedniej wsi.
Oczywiście o tym, że się zgubiłem dowiedziałem się gdy wyjechałem w
innej
miejscowości. W sumie nie żałuję, bo polne drogi w tym rejonie wiodły w
pobliżu lasu i były błotniste.
Po raz pierwszy zaczęły łapać mnie skurcze i mocno sztywniał kark.
Zatrzymałem się na przystanku PKS w Tyńcu. Kiedy posilałem się, minęło
mnie
3 bikerów spotkanych przy piwie w ośrodku, pędzących jak błyskawica w
kierunku Wrocławia. Nigdy bym nie pomyślał, że piwo może mieć taką
siłę
napędową. Może jednak za mało piję? Dalsza droga przebiegała głównie
polnymi
drogami w kierunku miejscowości Ślęża. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie i
dla
nich było wyjechanie z zagajnika wprost na stadko saren - byliśmy od siebie
o jakieś 10 metrów. Niestety aparat był schowany, a zwierzątka zbyt
płochliwe. Ze Ślęży do domu droga jest rutynowa i mało ciekawa.
Najgorsze dla mnie miało dopiero nadejść. Czego ja się nie nasłuchałem
po
powrocie do domu - taki stary, a jaki głupi. Na udzie oprócz ciężko
gojącej
się rany pojawiła się opuchlizna i potężny siniak utrudniający
chodzenie.
Boli do dziś, ale już w niedzielę rano byłem z rodziną na rowerze (ponad
20km) i jeździło mi się zdecydowanie lepiej niż chodziło.
Celem mojego wyjazdu było głównie sprawdzenie kilku tras między
Wrocławiem,
a Sobótką - niestety żadnej z nich nie udało mi się przejechać od
początku
do końca, ale i tak jestem zadowolony, bo wybrałem, może nie najkrótszą,
ale
ciekawą i w miarę bezpieczną drogę wycieczkową z Wrocławia do Sobótki.
Poszukiwałem przede wszystkim bezpiecznej, mało uczęszczanej drogi
asfaltowej oraz alternatywnych dróg polno-leśnych. Ślęża i jej okolice
są
niewątpliwie miejscem godnym odwiedzenia na piechotę lub na rowerze.
Niestety szkoda, że mimo bliskości Wrocławia jest to tak daleko od mojego
domu (ponad 50km w jedną stronę).
Przybliżona statystyka (z p.Tąpadła do Wrocławia): D 65km, T 3:40h, VA
19km/h - chyba możliwe, choć mało?
Przybliżona statystyka (całość): D 121km, T 6:55h:, VA 18km/h.
Do zobaczenia na szlaku.
Pozdrawiam
|